Jak Palacz Ewolucji Dostąpił
czwartek, 15 lipca 2010 00:00

„Ciepło w rury”
czyli
„Jak palacz ewolucji dostąpił”


Na krótkie pytanie w ulicznej sądzie „co pan/pani sadzi o palaczu z kotłowni” wielu mieszkańców naszego pięknego kraju, dam sobie głowę uciąć, powiedziałoby diabeł, smoluch, koks, szufla, berecik. Niestety, pokutuje i chyba jeszcze będzie pokutować widok umorusanego pracownika lokalnego przedsiębiorstwa ciepłowniczego, w kufajce, gumiakach, w nieodłącznym bereciku z antenką i z papierosem w ustach. No cóż, przez długie lata taki widok był normalnością i nie dziwię się, że dzisiaj stanowi „naszą narodową traumę”. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Panowie i panie, ogłaszam wszem i wobec:  ten widok palacza przeszedł już do lamusa i trzeba to sobie uświadomić! Firmy ciepłownicze i nie tylko ciepłownicze, wraz z nastaniem kapitalizmu, socjalizm odszedł za wschodnie rubieże i jeszcze dalej, stawiają, jak to się fajnie mówi na swój image, a mówiąc po polsku, na swój wizerunek. Kotłownie są zmechanizowane i zautomatyzowane. Palacze ubierani są w przepiękne kombinezony z obowiązkowym logo firmy, mówiąc w przenośni „pracują w białych rękawiczkach”. Wydaje się, z dzisiejszej perspektywy i perspektywy zainteresowanego przedsiębiorstwa ciepłowniczego, że ewolucja zmiany wizerunku palacza przebiegła niezwykle sprawnie i szybko. W końcu jesteśmy w Unii!! Nim jednak do tego doszło, nie chcem, ale muszem wrócić do korzeni. Dawno, dawno temu obraz pana Zenka czy Cześka palacza, jak już powiedziałem nie dziwił. Nie dziwił, gdyż fantastycznie komponował się w krajobraz ówczesnego państwa. Na liczne telefony od sfrustrowanych mieszkańców, dotyczące zimna w mieszkaniu palacz miał zawsze jedną odpowiedź „jest zimno, bo jest zima”. Krótka, a jakże rzeczowa i dyplomatyczna odpowiedź. Bronię trochę pana palacza, gdyż czasami mogło zabraknąć węgla. Dlaczego mogło zabraknąć? Odpowiem później. Częściej jednak występował tak zwany syndrom władzy. Pan palacz wychodził z założenia, że w kotłowni to on jest najważniejszy i nikt mu nie podskoczy, nawet kierownik. Utrata pracy w tej kotłowni równała się przyjęciem do pracy w nowej kotłowni. Polska socjalistyczna potrzebowała wszak rąk do pracy, a palacz był jak świeża bułeczka do zjedzenia od zaraz. Pan palacz, aby jednak nie wpaść w samo zachwyt i stać się samoistnym dyktatorem kotłownianego poletka musiał jakoś z tym walczyć. Praca, owszem, lecz praca to nie zając poczekać mogła. Należało szukać innych rozrywek. Nic i nikt tak nie umilał czasu jak alkohol. Oczywiście nikt wtedy w pracy nie pił, bo pić zakazano, ale od czego było i jest powiedzenie „iż przepisy są po to by je łamać”.  Generalnie mówiąc o alkoholu mówię o tanim alkoholu marki wiadomej. Szczytem luksusu i wygody dla pana palacza było posiadanie pomocnika, który należał do ludzi dyspozycyjnych i zawsze był gotów podskoczyć do najbliższego sklepu by nabyć tak szlachetny trunek i przynieść wyczerpanemu „od pracy” szefowi. Pan palacz oczywiście nie pił do lusterka, bo nie był to eleganckie, dlatego dzielił się z owym pomocnikiem, zachowując oczywiście cały czas trzeźwość umysłu. Toasty były różne. Od tych typowych, czyli „zdrowie pań” albo chluśniem bo uśniem”, po te branżowe, czyli „to po zaworach” albo „no to w rurę”.
Palacze na tamte czasy prowadzili też, zabronioną przez ówczesne władze działalność gospodarczą. Można by rzec, iż byli prekursorami dzisiejszej gospodarki rynkowej. Wiele cech dzisiejszego handlu, jak chociażby umowność ceny, czy regulacje popytowo-podażowe właśnie wtedy miały swój początek, a z drugiej strony stanowiły wspaniały materiał dydaktyczny dla doktorantów i  innych ludzi nauk ekonomicznych. Nie ma jak to operacja na żywym organizmie. Prawda? Czas, aby powiedzieć czym zajmowali się bohaterowie tego artykułu. Ano zajmowali się, chociażby sprzedażą czarnego złota czyli węgla. Dwie taczki do kotła trzecia na rozchód. Nie mam dowodów, ale czasami proporcje mogły się zmieniać. W tym działaniu może i była prywata, ale z drugiej strony ile szlachetności. Umęczony naród potrzebował węgla jak wody, lecz gdzie miał go kupić? No, właśnie u pana Czesia palacza. Kto stał kilka dni w kolejce po węgiel zna problem doskonale. Drugim typem działalności, którą zajmował się palacz było prowadzenie sklepu monopolowego, nie koniecznie nocnego, gdyż w dzień do godziny 13.00 również obowiązywała prohibicja, a jak wiemy człek to nie wielbłąd i pić musi. O takich sklepach zwykło się mawiać meliny. Nazwa może trochę nietaktowna, ale nie przeszkadzało to zwykłym obywatelom, jak i przedstawicielom władzy oraz aparatu bezpieczeństwa obywatelskiego dokonywać zakupów niczym w markecie, z tą jednak różnicą, że wtedy mało było znane pojęcie wózków na żetony.
Niestety, czasy dla starej gwardii wypróbowanych palaczy zmieniły się nieodwracalnie. Zlikwidowane zostały lokalne kotłownie. Część chłopaków z przyblokowych kotłowni zeszła na emeryturę, część nie przeszła weryfikacji, a inni, ech szkoda gadać. Życie stało się ciężkim weryfikatorem. I chyba dobrze, że tak się stało, bo palacz to teraz gość i basta. Fachowiec, wykształcony, a i wysłowić się umie. Wiem co mówię, bo sam długie lata pracowałem w tym fachu i nikt mnie w butelkę nie nabije. Żegnam. Trzymajcie się ciepło, wszak już zima puka: puk...,puk....
W następnym felietonie: się będzie działo?????

Pozdrawiam
Krzysztof Krawiec